Ale Meksyk!

Wylądowałam w Cancun! 

Ze względu na zmianę czasu mój dzień trwa już dwadzieścia godzin, mimo że jest dopiero trzynasta. Zazwyczaj uwielbiam latać, ale Airbus 330, to szalenie ciasna maszyna, a serwis Air Berlin pozostawia wiele do życzenia. Cudowny widok przy lądowaniu wynagrodził jednak delikatnie rozczarowującą jakość przeprawy przez ocean. Podczas jedenastogodzinnego lotu przesłona mojego tyci okienka była w zasadzie cały czas zamknięta, bo słońce razi, chce się spać, a gapienie się na ocean szybko się nudzi. Kiedy samolot rozpoczął zniżanie do lądowania, otworzyłam tę przesłonę i nie mogłam napatrzeć się na śnieżno-białe obłoczki, niebieskie niebo, błękitno-szafirowe morskie laguny i niesamowicie zielony Meksyk.

IMG_5082

Lądowanie. Czekanie aż samolot zaparkuje. Ludzie wstający z miejsca, jak tylko samolot zaparkuje, tylko po to żeby 10 minut w ścisku i na stojąco poczekać na wyjście. Wyjmowanie bagażu w morzu sardynek. W końcu wyjście. Teraz najważniejszy moment – kontrola paszportowa. Potrzebuję wizę studencką na pół roku, którą dostaje się na granicy. Nie powinno być z tym problemów, ale, ale… tak powinno było być też przy wylocie z Duesseldorfu, kiedy to zwyczajnie nudną odprawę bagażową urozmaiciło pytanie niezbyt sympatycznej Pani z Air Berlin:

– Czy ma Pani wizę?

– Nie, nie potrzebuję wizy – odpowiadam.

Wierzcie lub nie, ale jeszcze nie wszyscy zdążyli się zorientować, że Polska jest w Unii Europejskiej i osobę posługującą się polskim paszportem zazwyczaj obejmują takie same zasady jak innych Europejczyków. Na moją odpowiedź niezbyt sympatyczna Pani zareagowała następnym pytaniem:

– Czy ma Pani bilet powrotny? Proszę pokazać.

W tym momencie serce skoczyło mi do gardła. Problem w tym, że trochę go mam, a trochę go nie mam. Zdziwiło mnie, że w ogóle o to pyta. Tak wiem, gdy okres dozwolonego pobytu w kraju, do którego się wybierasz, jest ograniczony, zazwyczaj należy mieć bilet powrotny i mogą to sprawdzać. Jednak ja kupiłam bilet tylko w jedną stronę, bo jeszcze nie jestem pewna, kiedy chcę wrócić. Dzwoniłam nawet na infolinię Air Berlin, żeby zapytać czy nie będzie z tym problemu. Aha. Przezorny zawsze ubezpieczony i weekend przed wyjazdem, za sprawą nalegań chłopaka, dokonałam rezerwacji biletu powrotnego w lokalnym biurze podróży. Rezerwacji, bez opłaty, z możliwością anulacji do trzech dni. Ten właśnie świstek papieru, który nie przypuszczałam, że w ogóle się przyda, prawdopodobnie zaoszczędził mi poważniejszych tłumaczeń i zmartwień. Toteż ze stalowymi nerwami, jak gdyby nigdy nic, wyjęłam z plecaka wydruk mojej rezerwacji ze strony checkmytrip.com, który wygląda prawie jak bilet lotniczy i podałam go niezbyt sympatycznej Pani, która trochę mu się poprzyglądała, ale na szczęście za bardzo nie sprawdzała i w końcu oddała mi paszport, życząc spokojnego lotu.

Podczas kontroli paszportowej przy wjeździe do Meksyku jest już znacznie przyjemniej. Zanim Pan urzędnik zdąży mi przyznać krótką wizę, a o nic nie pyta, podaję mu moje potwierdzenie z uniwersytetu w Guadalajarze, tłumaczę grzecznie i po hiszpańsku, że wybieram się tam na wymianę i potrzebuję maksymalną, półroczną wizę. Pan urzędnik nie pyta o bilet powrotny, wbija mi do paszportu pieczątkę i żegna adios. Robię kilka kroków, po czym sprawdzam, na jaki czas dostałam wizę. 180 dni. Sto osiemdziesiąt! Pół roku w Meksyku! Niby to tylko wiza, ale cieszę się jak dziecko. Jakbym wygrała na loterii albo przebiegła maraton. Teraz już mogę w spokoju czekać na bagaż, teraz już nic mi nie straszne. Jestem w domu.

Po wyjściu z lotniska uderza mnie fala gorąca. Jest duszno. Domyślałam się, że Meksyk nie leży w strefie podbiegunowej, ale nie przypuszczałam, że w Cancun będzie aż tak gorąco i słonecznie. Kiedy, obładowana jak wielbłąd, docieram do hostelu, desperacko potrzebuję wziąć prysznic. Wieczór mija mi spokojnie, a wręcz leniwie. Krok po kroku zapoznaję się z Meksykiem. Na kolację jem swoje pierwsze burrito, które popijam Coroną i ze względu na zmianę czasu idę spać nadzwyczaj wcześnie.

IMG_5149

Plaża

Jako że jet lag nie daje mi spać, po kiepskim, hostelowym śniadaniu, postanawiam wybrać się na plażę. Grupowa wycieczka z hostelu dopiero za trzy godziny, ale chyba nie mam ochoty czekać po to żeby słuchać o trudach życia w Los Angeles od super gadatliwych Amerykanów, więc idę sama. Będę mogła swobodnie pójść tam gdzie chcę i porobić zdjęcia. Muszę wziąć autobus z przystanku widmo na przeciwko Burger Kinga. Przystanek widmo, to nieoznakowany przystanek a raczej jego brak. Po prostu należy wiedzieć gdzie stanąć i zamachać ręką, gdy oczekiwany autobus zacznie się zbliżać. Rozkład jazdy to abstrakcja.

IMG_5105IMG_5094

Plaża w Cancun rozciąga się na południe od centrum miasta prawie do samego lotniska. To około dwudziestokilometrowy super wąski półwysep, znany jako Zona Hotelera, w większości zajęty przez luksusowe hotele. Jednak zgodnie z prawem wszystkie plaże w Meksyku są publiczne. Oznacza to, że dany odcinek plaży nie może być dostępny jedynie dla gości hotelowych. Gdy czasami jedyna droga do plaży prowadzi przez hotel, nie wyglądając zbyt podejrzanie można, tak jak ja, spokojnie przejść przez lobby aż do morza. Ogólnie Cancun bardzo przypomina mi Varadero na Kubie ze względu na podział na centrum i część plażowo-hotelową, jej położenie, ilość hoteli i niewiarygodną wręcz ilość turystów hotelowych.

IMG_5096

Dla porównania wybieram się na dwie plaże, jedną hotelową – Playa Langosta i drugą nieco odleglejszą plażę publiczną – Playa Delfines. Playa Langosta to złoto-biały piasek, płytkie i spokojne morze, a także liczne bary i restauracje. Mimo że jest tu bardzo turystycznie, podoba mi się. Spaceruję brodząc stopami w krystalicznie czystym morzu. Obserwuję pomykającą między krzakami iguanę i dzieciaki bawiące się w piasku. Ostrożnie robię zdjęcia i kręcę filmy, bo jeszcze nie wiem na ile bezpiecznie jest w Meksyku. Słońce niemiłosiernie praży moją białą skórę, jadę więc na Playa Delfines, gdzie znajduję schronienie pod słomianym parasolem. Trochę spaceruję. Staram się chłonąć klimat, a tak prawdę powiedziawszy się gotuję. Tylko w cieniu mogę jakoś wytrzymać. Wracam pod parasol. Jest ładnie. Playa Delfines jest dużo większa od poprzedniej plaży, morze jest gwałtowniejsze i jest tu więcej ludzi. Przed wyjazdem do Meksyku rodzice zaalarmowali mnie, że w wiadomościach mówili o inwazji wodorostów na plaży w Cancun, co okazuje się najprawdziwszą prawdą i jest bardziej widoczne na publicznej plaży. Glonów jest tu mnóstwo i nie pomaga nawet traktor próbujący je zebrać. Mimo sporadycznego hałasu traktora, wsłuchuję się w szum morza i trochę nawet przysypiam z torebką pod głową. Po kilku godzinach plażowania mam dosyć i wracam do hostelu. Wieczorem wybieram się na lokalny market, jem tacos i znowu idę wcześnie spać, ze względu na zmianę czasu i czekający mnie następnego dnia lot do mojego nowego domu – Guadalajary.

IMG_5155IMG_5160


Jeśli chcesz zobaczyć film przedstawiający moje wrażenia z Cancun zajrzyj do zakładki filmy, gdzie znajdziesz więcej ciekawych wideo lub spojrzyj tutaj:

Reklamy

6 comments

  1. my not (so) ordinary days · Sierpień 27, 2015

    Rewelacja! Bardzo Ci zazdroszczę! 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Meg · Sierpień 27, 2015

    Jakie morze *___*

    Polubione przez 1 osoba

  3. magda · Sierpień 27, 2015

    Ale artykuł!

    Polubione przez 1 osoba

  4. kami · Sierpień 28, 2015

    chyba mnie nie przestaną zadziwiać takie akcje na lotniskach, ostatnio miałam podobną w Bilbao jak do Brazylii leciałam, i nie ważne że na paszporcie napisane Unia Europejska, nie, kobieta bedzie dzwoniła i dopytywała się czy aby na pewno :/ smutne to i irytujące!

    Polubienie

  5. balkanyrudej · Sierpień 28, 2015

    Ważne, że udało się bez problemu przejść odprawę, bez tego „właściwego biletu powrotnego”.
    A co do tego, że wiele osób nie wie, że Polska jest w Unii, to akurat dość popularne „schorzenie” u niektórych pograniczników czy celników. A wydawałoby się, że pracując na takim stanowisku, powinni posiadać tę elementarną wiedzę 😉

    Polubienie

  6. travelingilove · Sierpień 28, 2015

    Haha, te przeboje lotniskowe 😉 Ale z drugiej strony – ileż one dostarczają historii do opowiadania!
    Miejsce piękne, myślę, że nawet ścierpiałabym ten jetlag, byleby tylko posiedzieć tam teraz na plaży :p

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s