Dzień spełnionego marzenia

Masz takie marzenie, na którym bardzo Ci zależy, ale coś stoi na przeszkodzie, żeby je zrealizować? Brak czasu, pieniędzy, wsparcia ze strony otoczenia? Może to zabrzmieć idealistycznie, ale marzeń nie należy odkładać na później.  Nie zwalaj winy na brak czasu. Przestań nieustannie scrollować Facebooka, nie oglądaj telewizji i filmików z kotami w internecie, nie sprawdzaj czy ktoś napisał na Whatsappie sto razy dziennie, a czas się znajdzie.  Nie masz wystarczająco dużo oszczędności? Zdobądź je! Weź nadgodziny w pracy, zacznij używać komunikacji miejskiej zamiast samochodu, rozkręć swój biznes, nie jadaj na mieście i nie pij kawy w Starbucksie, a pieniądze się znajdą. Nie słuchaj tych co mówią, że to zły pomysł, że może lepiej zrób coś innego, pojedź w inne miejsce albo w ogóle nic nie rób. Zaufaj swojej intuicji. Koniec końców to Twoje własne marzenie i to Ty wiesz najlepiej czego Ci potrzeba.

IMG_7496.jpg

Zdecydowałam się wybrać w samotną, blisko 15-godzinną podróż autobusem do Acapulco, przez kilka stanów o umiarkowanie bezpiecznej opinii głównie dla Clavadistas de la Quebrada, o których dowiedziałam się jeszcze w Niemczech w jakiś średnio ciekawy wieczór, oglądając Galileo. Od tamtej pory moim marzeniem było zobaczyć tę tradycję przekazywaną z pokolenia na pokolenie, skoczków skaczących z klifu do wody, na żywo. Tak więc dotarłam do Acapulco, udałam się do la Quebrada, gdzie odbywa się show, patrzę na ten niesamowicie wysoki i stromy klif, na który chłopaki najpierw muszą się wspiąć bez żadnego zabezpieczenia, żeby później móc z niego skoczyć i nie wierzę, że tam jestem. Myślę sobie – „To jest sen!”. Jest gorąco. Klif, ocean, palmy, słońce, grupka turystów czekających na pokaz, powiewająca na delikatnym wietrze flaga Meksyku. Byłam pod takim wrażeniem, że prawie się popłakałam zanim cokolwiek się zadziało.

IMG_7507

Przed skokiem chłopaki modlą się do kapliczki na szczycie klifu. Następnie muszą precyzyjnie oszacować prędkość wiatru w stosunku do ruchów fal i jedynie w czasie krótkiej chwili mogą skoczyć do morza nie robiąc sobie krzywdy. Oglądałam ten spektakl pięciu skoczków z otwartą buzią. Kiedy dwóch z nich wypłynęło z wody i przechodziło obok mnie, poprosiłam ich o zdjęcie, ale byłam pod takim wrażeniem, że mimo iż chciałam zadać im milion pytań, nie mogłam wykrztusić z siebie słowa. Kiedy jednak następnego dnia poszłam obejrzeć wieczorny show skoków z pochodniami, udało mi się porozmawiać krótko z Roberto, jednym ze skoczków, który powiedział mi o nich kilka słów. Obecnie jest 23 młodzieńców parających się tym ryzykownym zajęciem. Dają oni kilka pokazów dziennie na zmianę. Klif, z którego skaczą, mierzy sobie 45 metrów  wysokości, a skoczkowie wpadają w lodowatą wodę z prędkością około 90km/h. Niestety w wieku około 25-30 lat ze względu na przeciążenie w czasie skoku zaczynają tracić wzrok lub słuch i nie mogą już dłużej wykonywać swojego zawodu. Kiedy zapytałam niespełna dwudziestoletniego Roberto czy się boi, odpowiedział, że oczywiście, ale że kocha skoki i czuje się zobowiązany pielęgnować tradycję przekazaną mu przez ojca i dziadka.

IMG_7527.jpg

Ludzie mówili mi – „Nie jedź do Acapulco, tam jest niebezpiecznie”, tak naprawdę nie mając pojęcia o aktualnej sytuacji w rejonie. „Zamierzasz sama pojechać do Guerrero? Loca! ”. Tak wiem, bo dilerzy narkotykowi, bo gangi, bo kradzieże, bo porwania. Jednak nie jestem lekkomyślna. Nie twierdzę też, że jest tam tak bezpiecznie, jak na Islandii, ale jak bym miała słuchać wszystkich życzliwych przestróg i zakazów, to nigdy bym nie wyszła z domu w Guadalajarze, bo przecież tutaj też mieszkają baroni narkotykowi i też ktoś może obrabować mnie na ulicy.

DSC_1471

Zaufałam jednak swojej intuicji. Pojechałam. Czy było warto? Tak, Acapulco to jedna z moich najpiękniejszych, najbardziej autentycznych meksykańskich przygód.

Reklamy

Na koncercie

Zaproszenie

Jest niedziela. Dryń, dryń. Dzwoni telefon. A nie, to sms. Od kogo? Pisze znajomy z salsy. Wołają na niego Doctor, bo jest doktorem homeopatii. Homeopata niby nie doktor, ale mówią mu Doctor.

-Justi, właśnie dostałem 2 bilety VIP na koncert Alejandra Fernandeza na Fiestas de Octubre. Wybierzesz się ze mną?

Kilka rzeczy na raz przechodzi mi przed myśl w tempie błyskawicy. Alejandro Fernandez? A tak, słyszałam. To ten super przystojny piosenkarz, za którym wszyscy tutaj szaleją. Rzeczywiście widziałam gdzieś plakat, że wystąpi w ramach Fiestas de Octubre w Guadalajarze. Zaraz, zaraz, ale dlaczego Doctor zaprasza akurat mnie? Przecież pewnie masa innych jego znajomych dałaby wiele żeby pójść na ten koncert. Chociaż w sumie nie mam jeszcze żadnych planów na poniedziałkowy wieczór… Chyba nie wypada odmówić biletom VIP na koncert Alejandra Fernandeza… Czemu nie? Idę!

Od razu po otrzymaniu zaproszenia postanowiłam przygotowywać się na koncert, słuchając piosenek wykonawcy. Wydawały mi się one przyjemne dla ucha, ale nie do końca z mojej bajki. Pomyślałam, że pewnie będę się trochę nudziła na koncercie, co okazało się mieć niewiele wspólnego z prawdą… Jednak zanim opiszę niesamowite wrażenia z koncertu, chciałabym nieco przybliżyć sylwetkę artysty, bo w Polsce jest raczej mało znany. Sama muszę przyznać, że przed zaproszeniem słyszałam o nim tylko pobieżnie.

Alejandro Fernandez

Podobnie jak tradycyjne meksykańskie orkiestry mariachi, Alejandro Fernandez pochodzi z Guadalajary. Jest synem emerytowanego meksykańskiego śpiewaka, Vincente Fernandeza i wykonuje zarówno tradycyjną, meksykańską muzykę ranchera i mariachi, jak i romantyczne popowe ballady. Sprzedał ponad 30 milionów albumów na całym świecie i zdobył wiele nagród Grammy Latino i Billboard. Współpracował z artystami takimi jak Beyoncé, Christina Aguilera, Nelly Furtado, Julio Iglesias, Rod Steward, Marc Anthony i wieloma innymi. Szaleją za nim fani nie tylko w Meksyku, ale i na całym świecie.

Fiestas de Octubre

Jest późny poniedziałkowy wieczór. Koncert ma rozpocząć się o północy, więc, kiedy przyjeżdżamy na Fiestas de Octubre o 11, mamy jeszcze sporo czasu. Ale co to właściwie są te Fiestas de Octubre? Jest to festyn typu Dni Świdnicy tylko jakieś 100 razy większy. Pośród wesołego miasteczka, budek z meksykańskim jedzeniem i sklepikami sprzedającymi praktycznie wszystko znajduje się Palenque, czyli specjalny zamknięty amfiteatr, w którym odbywają się koncerty. Zanim jednak dotrzemy do Palenque, Doctor musi zaparkować gdzieś samochód, co okazuje się nie lada wyzwaniem. Całe wydarzenie nie ma dostępnego publicznie parkingu. Ach ta przewrotna meksykańska logistyka! W związku z tym, że nie ma parkingu, gdy dojeżdżamy do miejsca przeznaczenia, do samochodu podchodzi wiele osób, proponujących parking przy ich prywatnym domu za drobną opłatą. 23zł za całą noc, bo koncert może potrwać. Jednak po sprawdzeniu kilku ofert, Doctor decyduje się zaparkować samochód za 16zł przy domu pewnej Pani, która biegnąc przed samochodem wskazuje nam drogę. Taka meksykańska rzeczywistość. Wchodzimy na Fiestas de Octubre. Mimo że jest poniedziałkowa noc, jest bardzo głośno i wokół tłumy ludzi czego nie ogarniam. Czy oni wszyscy wzięli wolne we wtorek rano? Jeszcze zanim wejdziemy do Palenque, postanawiamy przekąsić kilka tacos, bo gryzie mnie mały głód, a tacos jest tu pod dostatkiem.

Palenque

Po uprzedniej kontroli bezpieczeństwa wchodzimy do Palenque i specjalna hostessa eskortuje nas do naszych miejsc, a później dopytuje się o napiwek. Palenque to duży, okrągły amfiteatr i podejrzewam, że ludzie z rzędów na samej górze niewiele by widzieli, gdyby nie specjalne ekrany pokazujące artystę. Na szczęście my siedzimy cztery rzędy przed sceną, więc będziemy widzieć Alejandra z bliska. Palenque okazuje się być dla mnie doświadczeniem samym w sobie. Tak jak i na zewnątrz, tak i w środku, mimo poniedziałkowego wieczoru, zebrało się mnóstwo osób. Jest głośno, gorąco i brudno. Na podłodze leżą puszki po piwie i ulotki rozdawane przy wejściu. Okazuje się, że nie tylko można tutaj pić alkohol, ale i można palić, co nieco mnie irytuje, jako że sama nie palę. Pomiędzy ciasnymi rzędami siedzeń pracowicie uwijają się kelnerzy, sprzedawcy burritos, sprzedawcy chipsów z sosem chili, sprzedawcy pamiątek z wizerunkiem Alejandra, a na scenie graja w bingo na żywo. Właściwie nie wiem czy czuje się bardziej jak w kinie czy w cyrku. Po dwunastej zaczynają rozlegać się gwizdy, bo ludzie nie chcą już chyba grać w bingo i czekają na artystę.

Koncert

Wreszcie po dwunastej na scenie pojawia się świetnie ubrany, super przystojny Alejandro Fernandez. Przez chwilę myślę, że ogłuchnę przez podekscytowane krzyki publiki, ale udaje mi się nie stracić słuchu. Myślałam, że kiedy zacznie się koncert, znikną wędrowni sprzedawcy burritos i pamiątek, ale źle myślałam. Wszędzie chodzą ludzie tak, że czasami chwilowo zasłaniają scenę. Mimo pewnych niedogodności, kiedy tylko zaczyna się koncert, jestem jak urzeczona jakimś dziwnym zaklęciem. Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. Niesamowicie mi się podoba! Od pierwszych nut zakochuję się w Alejandrze i jego głosie. Do tego niesamowita muzyka na żywo i orkiestra mariachi. Mimo że pewnie jestem tutaj jednym z nielicznych obcokrajowców i chyba jedyną osobą, która nie zna słów piosenek i nie śpiewa cały czas razem z artystą, przez cały koncert bawię się świetnie. Wydaje mi się, że mogłabym tu być w nieskończoność. Obserwuję, jak muzyka Alejandra wywołuje w ludziach ogromne emocje. Pod sceną ustawiają się kolejki dziewczyn z kwiatami w zamian za buziaka od artysty. Wydaje mi się, że koncert jest taki niezwykły ze względu na to, że odbywa się w Guadalajarze, czyli w miejscu, z którego pochodzi i z którym mocno związany jest piosenkarz. Gdy wybrzmiewa ostatni akord, ciężko mi się pogodzić z tym, że trzeba iść do domu. Tak bardzo mi się podobało. Zresztą zobaczcie sami, jak było.

Huragan Patricia w Meksyku

Kiedy w sierpniu przyjechałam do Guadalajary, pogoda była szczególna. Mimo że miasto położone jest na wysokości 1500 m n.p.m., panuje tu klimat bliski tropikalnemu, toteż było gorąco i z reguły raz dziennie popołudniu zrywała się burza, ale po krótkim spektaklu grzmotów, błyskawic i ultra obfitego deszczu sytuacja wracała do normy. Wydawać by się mogło, że kilka tygodni temu zakończył się ten teatr związany z sezonem huraganów. Jest październik, praktycznie w ogóle przestało padać, w dzień temperatura sięga prawie 30 stopni, w nocy robi się około 10 stopni chłodniej, ale i tak właściwie cały czas jest super przyjemnie. Ale nie, sezon huraganów jeszcze się nie skończył, na dobrą sprawę dopiero się zaczął.

Czwartek

W czwartek wieczorem po raz pierwszy usłyszałam o Patrycji. Zajmowałam się czymś zupełnie nieszczególnym w domu, kiedy koleżanka z Guadalajary wysłała mi artyku z informacją nt. nadciągającego huraganu. Zabrzmiało to poważnie. Zachodnie wybrzeże Meksyku. Stan Jalisco, Colima, Michoacan, Guerrero. Huragan uderzy w piątek. Nie wiadomo gdzie dokładnie. Może Acapulco, Manzanillo lub Puerto Vallarta. Największy huragan w historii. Ewakuacja mieszkańców wybrzeża.

Zaraz, zaraz, przecież ja mieszkam w stanie Jalisco. Jaki huragan? Myślałam, że sezon huraganów już się skończył. Puerto Vallarta? Jeden z największych kurortów na zachodnim wybrzeżu Meksyku? Cudowne plaże, wysokie palmy? Przecież to właśnie tam byłam na wakacjach zaledwie trzy tygodnie temu.

Puerto Vallarta przed huraganem Patricia

Puerto Vallarta przed huraganem Patricia

W tym momencie zaczynam wiązać ze sobą fakty. Rzeczywiście czwartek był dziwnie pochmurny. Zazwyczaj kiedy o 11:30 kończę zajęcia z semiotyki słońce daje popalić. Dlatego, mimo że już o 8 rano, kiedy jest jeszcze dosyć chłodno, wychodzę z domu na zajęcia z hiszpańskiego, staram ubierać się lekko. Ale tego dnia pogoda była szczególna. Zachmurzone niebo zapowiadało deszcz podczas gorącej, suchej zimy. I tak popołudniu zaczęło padać. Znak zbliżającego się huraganu.

Piątek

W piątek po raz ostatni w tygodniu wstaję na hiszpański o 8 rano. Niebo jest szczelnie przykryte płaszczykiem chmur i pada rzęsisty deszcz. Na zajęciach rozmawiamy z nauczycielką o Patrycji. Liliana pochodzi z Puerto Vallarta i opowiada nam o ostatnim poważnym huraganie w 2002 roku, kiedy to nadmorskie miasteczko zostało podtopione przez fale aż do pobliskich gór. Straty były ogromne. Mówi, że przez miesiąc nie było prądu. Część jej rodziny nadal mieszka w Puerto Vallarta, ale w związku z ewakuacją, właśnie przyjechali z niezapowiedzianą wizytą do Guadalajary. Szybko dowiaduję się o skali Saffira-Simpsona, czyli klasyfikacji huraganów ze względu na prędkość wiatru. Ten w 2002 roku miał 3 stopnie, Patrycja będzie prawdopodobnie mieć 5 punktów czyli największy stopień nasilenia. Kategoria numer trzy to wiatr wiejący z prędkością 180–210km/h. Kategoria numer pięć to wiatr szybszy niż 250km/h, a w przypadku Patrycji prawdopodobnie szybszy niż 300km/h. Czekamy na huragan.

Później tego dnia okazuje się, że zajęcia we wszystkich szkołach w stanie Jalisco oraz wydarzenia kulturalne Fietas de Octubre są oficjalnie odwołane. Kiedy idę zjeść lunch w taniej lokalnej restrauracji, zanim już w ogóle nie będę mogła wyjść z domu, wszyscy z uwagą przysłuchują się wiadomościom płynącym z telewizora. Huragan ma uderzyć w kontynent około godziny 18. Turyści i mieszkańcy są ewakuowani z bezpośrednio zagrożonych terenów wybrzeża do specjalnych schronów. Wielu osobom nie uda się zaplanowany na ten weekend rajski wypoczynek. Czytałam nawet o odwołanych ślubach, które miały odbyć się w kurortach na wybrzeżu. Niestety, huragan nie wybiera.

Miałam w ten dzień pójść na zajęcia z salsy, a później wyjść z koleżankami na imprezę, ale obrona cywilna w specjalnych komunikatach ostrzegała żeby zostać w domu. Poza tym deszcz padał niemiłosiernie, więc w zasadzie nie dało się nigdzie wyjść. Najbardziej zagrożona huraganem była część zachodniego wybrzeża Meksyku, tereny bezpośredniego kontaktu z żywiołem oraz miejsca w pobliżu zbiorników wodnych. Jako że Guadalajara leży około 300 kilometrów od wybrzeża, za wysokimi górami, wiadomo było że huragan osłabnie zanim tutaj dotrze, ale nie do końca wiadomo było, jaka będzie jego siła.

Huragan Patricia uderzył na południe od Puerto Vallarta około godziny 18 czasu lokalnego. Przekształcił się  z tropikalnego deszczu w huragan piątej kategorii w mniej niż 30 godzin. Meteorolodzy przewidują, że w ciągu najbliższych dwóch dni spadnie około 40% deszczu, który pada przez cały rok. Huragan jest tak silny, że jest w stanie wywracać samochody. Czytałam nawet, że byłby w stanie utrzymać samolot w powietrzu, ale nie chce mi się w to wierzyć. Patricia jest najsilniejszym odnotowanym w historii huraganem.

Screen Shot 2015-10-24 at 01.52.18

W centrum wydarzeń

Zazwyczaj kiedy słyszymy o zjawiskach takich jak trzęsienie ziemi w Nepalu czy huragan Katrina, jest nam przykro, ale ze względu na dystans dzielący nas od krytycznych wydarzeń, czujemy swego rodzaju zdystansowanie. Zupełnie inaczej przeżywa się huragan w Meksyku, kiedy znajduje się w centrum wydarzeń. Kiedy media podpowiadają co należy zabrać ze sobą w razie nagłej ewakuacji, kiedy wyjaśniają jak postępować podczas huraganu oraz kiedy pokazują zdjęcia huraganu widziane z kosmosu. Niełatwo jest powiedzieć rodzicom – „Jeśli usłyszycie o huraganie w Meksyku, to proszę nie martwcie się, bo ja jestem bezpieczna”. Nawet śmieszny Facebook sugeruje, żebym oznaczyła się jako bezpieczna podczas huraganu Patricia. Wydaje mi się, że nie był on aż tak silny jak przewidywano, ale rozmiar strat i liczba ewentualnych ofiar śmiertelnych nie są jeszcze znane. Wydaje się, że tym razem udało się zapobiec okrutnym konsekwencjom kataklizmu dzięki sprawnej akcji meksykańskich służb, ale na finalny optymizm trzeba jeszcze poczekać.

Ale Meksyk!

Wylądowałam w Cancun! 

Ze względu na zmianę czasu mój dzień trwa już dwadzieścia godzin, mimo że jest dopiero trzynasta. Zazwyczaj uwielbiam latać, ale Airbus 330, to szalenie ciasna maszyna, a serwis Air Berlin pozostawia wiele do życzenia. Cudowny widok przy lądowaniu wynagrodził jednak delikatnie rozczarowującą jakość przeprawy przez ocean. Podczas jedenastogodzinnego lotu przesłona mojego tyci okienka była w zasadzie cały czas zamknięta, bo słońce razi, chce się spać, a gapienie się na ocean szybko się nudzi. Kiedy samolot rozpoczął zniżanie do lądowania, otworzyłam tę przesłonę i nie mogłam napatrzeć się na śnieżno-białe obłoczki, niebieskie niebo, błękitno-szafirowe morskie laguny i niesamowicie zielony Meksyk.

IMG_5082

Lądowanie. Czekanie aż samolot zaparkuje. Ludzie wstający z miejsca, jak tylko samolot zaparkuje, tylko po to żeby 10 minut w ścisku i na stojąco poczekać na wyjście. Wyjmowanie bagażu w morzu sardynek. W końcu wyjście. Teraz najważniejszy moment – kontrola paszportowa. Potrzebuję wizę studencką na pół roku, którą dostaje się na granicy. Nie powinno być z tym problemów, ale, ale… tak powinno było być też przy wylocie z Duesseldorfu, kiedy to zwyczajnie nudną odprawę bagażową urozmaiciło pytanie niezbyt sympatycznej Pani z Air Berlin:

– Czy ma Pani wizę?

– Nie, nie potrzebuję wizy – odpowiadam.

Wierzcie lub nie, ale jeszcze nie wszyscy zdążyli się zorientować, że Polska jest w Unii Europejskiej i osobę posługującą się polskim paszportem zazwyczaj obejmują takie same zasady jak innych Europejczyków. Na moją odpowiedź niezbyt sympatyczna Pani zareagowała następnym pytaniem:

– Czy ma Pani bilet powrotny? Proszę pokazać.

W tym momencie serce skoczyło mi do gardła. Problem w tym, że trochę go mam, a trochę go nie mam. Zdziwiło mnie, że w ogóle o to pyta. Tak wiem, gdy okres dozwolonego pobytu w kraju, do którego się wybierasz, jest ograniczony, zazwyczaj należy mieć bilet powrotny i mogą to sprawdzać. Jednak ja kupiłam bilet tylko w jedną stronę, bo jeszcze nie jestem pewna, kiedy chcę wrócić. Dzwoniłam nawet na infolinię Air Berlin, żeby zapytać czy nie będzie z tym problemu. Aha. Przezorny zawsze ubezpieczony i weekend przed wyjazdem, za sprawą nalegań chłopaka, dokonałam rezerwacji biletu powrotnego w lokalnym biurze podróży. Rezerwacji, bez opłaty, z możliwością anulacji do trzech dni. Ten właśnie świstek papieru, który nie przypuszczałam, że w ogóle się przyda, prawdopodobnie zaoszczędził mi poważniejszych tłumaczeń i zmartwień. Toteż ze stalowymi nerwami, jak gdyby nigdy nic, wyjęłam z plecaka wydruk mojej rezerwacji ze strony checkmytrip.com, który wygląda prawie jak bilet lotniczy i podałam go niezbyt sympatycznej Pani, która trochę mu się poprzyglądała, ale na szczęście za bardzo nie sprawdzała i w końcu oddała mi paszport, życząc spokojnego lotu.

Podczas kontroli paszportowej przy wjeździe do Meksyku jest już znacznie przyjemniej. Zanim Pan urzędnik zdąży mi przyznać krótką wizę, a o nic nie pyta, podaję mu moje potwierdzenie z uniwersytetu w Guadalajarze, tłumaczę grzecznie i po hiszpańsku, że wybieram się tam na wymianę i potrzebuję maksymalną, półroczną wizę. Pan urzędnik nie pyta o bilet powrotny, wbija mi do paszportu pieczątkę i żegna adios. Robię kilka kroków, po czym sprawdzam, na jaki czas dostałam wizę. 180 dni. Sto osiemdziesiąt! Pół roku w Meksyku! Niby to tylko wiza, ale cieszę się jak dziecko. Jakbym wygrała na loterii albo przebiegła maraton. Teraz już mogę w spokoju czekać na bagaż, teraz już nic mi nie straszne. Jestem w domu.

Po wyjściu z lotniska uderza mnie fala gorąca. Jest duszno. Domyślałam się, że Meksyk nie leży w strefie podbiegunowej, ale nie przypuszczałam, że w Cancun będzie aż tak gorąco i słonecznie. Kiedy, obładowana jak wielbłąd, docieram do hostelu, desperacko potrzebuję wziąć prysznic. Wieczór mija mi spokojnie, a wręcz leniwie. Krok po kroku zapoznaję się z Meksykiem. Na kolację jem swoje pierwsze burrito, które popijam Coroną i ze względu na zmianę czasu idę spać nadzwyczaj wcześnie.

IMG_5149

Plaża

Jako że jet lag nie daje mi spać, po kiepskim, hostelowym śniadaniu, postanawiam wybrać się na plażę. Grupowa wycieczka z hostelu dopiero za trzy godziny, ale chyba nie mam ochoty czekać po to żeby słuchać o trudach życia w Los Angeles od super gadatliwych Amerykanów, więc idę sama. Będę mogła swobodnie pójść tam gdzie chcę i porobić zdjęcia. Muszę wziąć autobus z przystanku widmo na przeciwko Burger Kinga. Przystanek widmo, to nieoznakowany przystanek a raczej jego brak. Po prostu należy wiedzieć gdzie stanąć i zamachać ręką, gdy oczekiwany autobus zacznie się zbliżać. Rozkład jazdy to abstrakcja.

IMG_5105IMG_5094

Plaża w Cancun rozciąga się na południe od centrum miasta prawie do samego lotniska. To około dwudziestokilometrowy super wąski półwysep, znany jako Zona Hotelera, w większości zajęty przez luksusowe hotele. Jednak zgodnie z prawem wszystkie plaże w Meksyku są publiczne. Oznacza to, że dany odcinek plaży nie może być dostępny jedynie dla gości hotelowych. Gdy czasami jedyna droga do plaży prowadzi przez hotel, nie wyglądając zbyt podejrzanie można, tak jak ja, spokojnie przejść przez lobby aż do morza. Ogólnie Cancun bardzo przypomina mi Varadero na Kubie ze względu na podział na centrum i część plażowo-hotelową, jej położenie, ilość hoteli i niewiarygodną wręcz ilość turystów hotelowych.

IMG_5096

Dla porównania wybieram się na dwie plaże, jedną hotelową – Playa Langosta i drugą nieco odleglejszą plażę publiczną – Playa Delfines. Playa Langosta to złoto-biały piasek, płytkie i spokojne morze, a także liczne bary i restauracje. Mimo że jest tu bardzo turystycznie, podoba mi się. Spaceruję brodząc stopami w krystalicznie czystym morzu. Obserwuję pomykającą między krzakami iguanę i dzieciaki bawiące się w piasku. Ostrożnie robię zdjęcia i kręcę filmy, bo jeszcze nie wiem na ile bezpiecznie jest w Meksyku. Słońce niemiłosiernie praży moją białą skórę, jadę więc na Playa Delfines, gdzie znajduję schronienie pod słomianym parasolem. Trochę spaceruję. Staram się chłonąć klimat, a tak prawdę powiedziawszy się gotuję. Tylko w cieniu mogę jakoś wytrzymać. Wracam pod parasol. Jest ładnie. Playa Delfines jest dużo większa od poprzedniej plaży, morze jest gwałtowniejsze i jest tu więcej ludzi. Przed wyjazdem do Meksyku rodzice zaalarmowali mnie, że w wiadomościach mówili o inwazji wodorostów na plaży w Cancun, co okazuje się najprawdziwszą prawdą i jest bardziej widoczne na publicznej plaży. Glonów jest tu mnóstwo i nie pomaga nawet traktor próbujący je zebrać. Mimo sporadycznego hałasu traktora, wsłuchuję się w szum morza i trochę nawet przysypiam z torebką pod głową. Po kilku godzinach plażowania mam dosyć i wracam do hostelu. Wieczorem wybieram się na lokalny market, jem tacos i znowu idę wcześnie spać, ze względu na zmianę czasu i czekający mnie następnego dnia lot do mojego nowego domu – Guadalajary.

IMG_5155IMG_5160


Jeśli chcesz zobaczyć film przedstawiający moje wrażenia z Cancun zajrzyj do zakładki filmy, gdzie znajdziesz więcej ciekawych wideo lub spojrzyj tutaj:

Kierunek Meksyk

Jadę do Meksyku!

Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Niech mnie ktoś uszczypnie! Na prawdę spędzę semestr w Meksyku? Cieszę się jak szalona! Planuję. Będą ruiny w Tulum, cenoty na Półwyspie Jukatan, rajskie plaże w Cancun, prekolumbijskie miasto Chichen Itza. Będą też tony tacos, enchiladas, burritos i guacamole (oj tak, guacamole!). Cieszę się, ale i nieco się obawiam. Momentami czuję, jakbym miała w żołądku kamień, który rośnie w miarę, jak zbliża się data wyjazdu, wyprawy w nieznane. Boję się że sobie nie poradzę. Z zajęciami po hiszpańsku, z ogromnym miastem, z aklimatyzacją. Chociaż z drugiej strony, kto jak nie ja.

Collage

fot. Michał Dziąbek

Zabawny jest sposób, w jaki niektórzy znajomi reagują na to, gdzie się wybieram.

-Cooo?! Jedziesz do Meksyku? Ale tam jest niebezpiecznie!

-Gdzie Ty jedziesz? GuadaCO?

-A co z chłopakiem?

Faktem jest, że Meksyk nie jest tak bezpieczny jak Norwegia czy Islandia, ale stereotyp, funkcjonujący na temat panujących tam zagrożeń, jest mocno przesadzony. Kartele narkotykowe stwarzają problem, ale głównie dla policji i siebie nawzajem. Pospolite kradzieże i napady zdarzają się częściej niż w Europie, ale można się przed nimi ustrzec. Powiedzieć, że Meksyk jest super bezpieczny, byłoby kłamstwem, ale wydaje mi się, że opinia na ten temat jest rozdmuchana przez osoby, które nie mają o tym zielonego pojęcia, a media nie są w tej kwestii bez winy.

GuadaCO? Moim nowym domem będzie Guadalajara w stanie Jalisco, drugie co do wielkości miasto w Meksyku, o którym wielu ludzi nigdy nie słyszało, w tym i ja zanim zaaplikowałam na semestr zagraniczny. Guadalajara leży w zachodniej części Meksyku, 300 kilometrów od Puerto Vallarta, popularnego kurortu na zachodnim wybrzeżu i 600 kilometrów od miasta Meksyk, na wysokości góry Śnieżki czyli prawie 1600 m n.p.m. Jest pod względem zaludnienia dwa i pół razy większa od Warszawy, pięć i pół od Krakowa i prawie siedem od Wrocławia. Podobno jest jednym z najbezpieczniejszych miast w Meksyku. Meksykańscy znajomi z Duesseldorfu twierdzą, że to jedno z najbardziej meksykańskich miast w Meksyku. Słowem, idealny cel na wymianę studencką.

Jukatan

fot. Michał Dziąbek

O tym, że chcę spędzić semestr za granica, wiedziałam już, kiedy w październiku zaczęłam magisterkę. Dziwne, co? Jeszcze dobrze nie zadomowiłam się w Muenster, a już wiedziałam, że chcę wyjechać. Taka ze mnie powsinoga. Cygan taki. Nie mogę usiedzieć w miejscu. Ostateczne terminy aplikacji zbliżały się nieubłaganie, musiałam więc dość szybko zdecydować GDZIE. Gdzie chcę wyjechać. Opcją numer jeden był Erasumus w Hiszpanii. Bezpieczna wymiana z mojego wydziału. Podobno w Huelvie mają dobre kursy, jeździ tam dużo studentów i jest fajnie. Jednak nie do końca cieszyło mnie, kiedy się dostałam, tzn. cieszyło, ale czegoś mi w tym szczęściu brakowało.

Tak na prawdę marzył mi się powrót do Ameryki Łacińskiej. Daleka podróż, latynoska muzyka, ludzie i kultura. Uniwersytet w Muenster współpracuje z kilkunastoma uniwersytetami na całym świecie, ale ciężko jest się dostać na taką wymianę, bo wymagania są wysokie, a konkurencja liczna. Jednym z nielicznych, latynoskich uniwersytetów partnerskich jest Universidad de Guadalajara. Toteż opcją numer dwa stał się Meksyk. Zaczęłam kompletować tuzin potrzebnych dokumentów, wszystko po angielsku i po hiszpańsku, jakimś cudem zdałam wymagany egzamin z hiszpańskiego i początkowo jedynie szalony pomysł w mojej głowie zaczął się urzeczywistniać. Zaaplikowałam. Po kilku miesiącach oczekiwania otrzymałam wiadomość, że zostałam przyjęta. Wow!

W tym momencie pojawił się jednak problem pierwszego świata, tj. wybrać możliwość numer jeden czy numer dwa? Pojechać na wymianę do Hiszpanii czy do Meksyku? Bezpiecznie czy ryzykownie? Blisko czy daleko? Zajęcia po angielsku czy po hiszpańsku? Znana europejska rzeczywistość czy nieoczekiwane latynoskie niespodzianki? Możliwość powrotu do domu, kiedy zatęsknię czy brak tej możliwości?

Jak myślicie, co wybrałam? Tak, jadę do Meksyku.

Po dopełnieniu zyliona formalności, miesiącach oczekiwania, otrzymaniu oficjalnego potwierdzenia z uniwersytetu w Guadalajarze, dodatkowej aplikacji o stypendium, listach motywacyjnych po angielsku, hiszpańsku i niemiecku, zrezygnowaniu z pracy, polowaniu na „tanie” bilety lotnicze w sezonie i na ostatnią chwilę, w poniedziałek lecę do Cancun, gdzie zatrzymam się na dwa dni, a następnie do Guadalajary, gdzie spędzę przyszły semestr. Nadal w to wszystko nie wierzę. Chyba dotrze to do mnie dopiero, kiedy wyląduję w Meksyku…

Jukatan2

fot. Michał Dziąbek


Ilustrację tego wpisu stanowią cudowne zdjęcia Michała Dziąbka, przedstawiające Półwysep Jukatan, który będzie moim pierwszym przystankiem w Meksyku. Po więcej ładnych zdjęć zajrzyjcie na blog Michała.

Księżycowe imprezy

Tajska wyspa Kho Phanghan słynie nie tylko ze swoich plaż, ale także, a może przede wszystkim, z hucznych księżycowych imprez na świeżym powietrzu. Największa ma miejsce przy okazji pełni księżyca, ale jeśli akurat nie ma żadnej w czasie Twoich wymarzonych wakacji, nic straconego! Są jeszcze imprezy Half Moon, Black Moon i właściwie cały czas coś się dzieje. Podczas mojej wycieczki do Tajlandii, razem z koleżanką wybrałyśmy sie na imprezę Half Moon, która odbywa się w dżungli wgłąb wyspy podczas gdy Full Moon Party odbywa się na plaży. Po wymalowaniu się fluorestencyjną farbą i wypiciu popularnego na wyspach drinka czyli kubełka alkoholu zmiksowanego z sokiem lub colą, wraz z wesołą, międzynarodową grupą ludzi z hostelu wsiadłyśmy do pick-up’a, który miał zawieść nas na miejsce. Pick-up’y z tyłem zaadaptowanym do siedzenia dla jak największej ilości osób są najpopularniejszą, zaraz po łódkach i skuterach, taksówką na południu. Nasz Pan Kierowca albo minął się z powołaniem rajdowca, albo bardzo wierzył w reinkarnację, bo po krętej drodze pełnej stromych wzniesień i gwałtownych dolin, ścigał się chyba z prędkością światła tak, że wiatr rozwiewał mi nie tylko włosy, ale i rzęsy (serio!). Odetchnęłyśmy z ulgą, kiedy dotarł do mety. Kupiwszy wejściówkę za tysiąc bahtów (około 100 zł, w tym kubełek) zaopatrzyłyśmy się jeszcze w obowiązkowy atrybut każdej dziewczyny czyli wianek ze sztucznych kwiatów i mogłyśmy zacząć imprezę.

 

 

Atmosfera była niesamowita ze względu na tropikalne położenie, hipnotyzującą muzykę i tłum młodych ludzi z całego świata. Dwa ogromne parkiety pod gołym niebem, otoczone gąszczem palm i barów robiły wrażenie. Fluorestencyjne elementy garderoby imprezowiczów różnego pokroju migały pod wpływem neonów. Niestety muzyka trans, to prawdę powiedziawszy, zupełnie nie moja bajka i o ile przy remiksach pierwszego DJ-a można się było pobawić, tak przy psychodelicznym transie drugiego wymiękłam. Wypiłyśmy z koleżanką nasze darmowe kubełki, potupałyśmy trochę nóżką, pokręciłyśmy rączką i złapałyśmy przepełnionego pick-up’a z powrotem do hostelu. Tym razem kierowca był NIECO rozważniejszy.

Full Moon vs. Half Moon Party

Half Moon Party jest dużo mniej popularne niż Full Moon Party, które każdorazowo gromadzi nawet do trzydziestu tysięcy imprezowiczów. Dla wielu jest to główny powód wakacji w Tajlandii. W przeciwieństwie do imprezy Half Moon, muzyka, którą grają leżące przy plaży kluby podczas Full Moon Party, zadowoli nawet najbardziej wybredny gust muzyczny – można posłuchać r&b, reggae, a nawet psychodelicznego transu. Jednak impreza odbywa się poniekąd na dziko. Brakuje podstawowych środków bezpieczeństwa. Z Half Moon Party jest nieco inaczej – to wydarzenie zorganizowane. Co prawda wejściówka jest trochę droga, ale duża część tej kwoty przeznaczona jest na ochronę festiwalu. Podobnie jak inne imprezy księżycowe, Half Moon Party powstało na skutek popularności Full Moon Party.

Kontrowersje

Imprezy księżycowe są wydarzeniem, skierowanym głównie do turystów. Różnego pokroju. Imprezują więc fani muzyki trans, urlopowicze, odurzeni alkoholem Brytyjczycy, roznegliżowane panienki, faceci którzy chcą coś zaliczyć niczym Pharell w piosence Get Lucky, narkomani, pospolici złodzieje itp. Jednym słowem trzeba bardzo uważać w tym tłumie. Tajowie raczej tam nie chodzą. Troskliwi znajomi uczulili nas, żebyśmy uważały, bo ładnym dziewczynom lubią dosypywać do drinków. Dlatego też uważałyśmy. Bardzo. Poszłyśmy tam głównie z ciekawości i wyszłyśmy dosyć wcześnie. Natomiast znaczna część księżycowych imprezowiczów ma zupełnie inne nastawienie, upija się do nieprzytomności i bawi się do białego rana. Tacy turyści nie za bardzo podobają się mieszkańcom, którzy narzekają na hałas oraz tajskim władzom, które chciałyby przyciągnąć do Tajlandii poważniejszą klientelę z zasobnym portfelem, dlatego starano się ograniczyć częstotliwość dzikich imprez, a nawet ich zakazać, ale bez skutku. Księżycowe imprezy nadal cieszą się ogromną popularnością.

Środki ostrożności

Jeśli wybierasz się do Tajlandii i w programie wycieczki masz jedną z księżycowych imprez, zachowaj podstawowe środki ostrożności tak, aby wspomnienia z wakacji były tylko pozytywne. Oto kilka rad, które pozwolą Ci uniknąć przykrych przygód:

  • Weź ze sobą jedynie najpotrzebniejsze rzeczy (karty kredytowe i paszport zostaw w hotelu).
  • Uważaj na rzeczy, które masz ze sobą.
  • Uważaj na znajomych, z którymi przyszedłeś.
  • Nie przyjmuj alkoholu od osób, których nie znasz i cały czas pilnuj swojego drinka.
  • Pod żadnym pozorem nie używaj nielegalnych substancji.
  • Nie kąp się w morzu.
  • Ubierz odpowiednie buty tak, abyś nie skaleczył się odłamkami szkła i nie oparzył się niedopałkami papierosów ukrytymi w piasku.

 

Thailand Collage

Jeden dzień z Pekinu

Wstaję wcześnie rano, za wcześnie. Zazwyczaj jestem śpiochem, ale jet lag i osoba chrapiąca w łóżku nade mną wyjątkowo nie dają mi spać. Jest po szóstej, zaczyna się mój trzeci, a zarazem ostatni dzień w Pekinie. O dziesiątej jestem umówiona na zwiedzanie Zakazanego Miasta z kilkoma osobami z hostelu, a o siódmej wieczorem wylatuję już do Bangkoku. Myślę sobie – „Spędzę dzień aktywnie!”. Postanawiam wypożyczyć rower i pojechać do parku Świątyni Nieba. Ja, rower, 20 milionów ludzi i szalony ruch na drodze brzmi jak wyzwanie. Idę do recepcji zapytać, gdzie w okolicy można wypożyczyć dwa kółka. Zaspany pracownik, opatulony w ciepłą bluzę z kapturem, patrzy na mnie wzrokiem pytającym, dlaczego już nie śpię i z powątpiewaniem wskazuje mi wypożyczalnię rowerów po drugiej stronie ulicy, zaznaczając przy tym, że może nie być jeszcze otwarta. Tak, wiem, jest wcześnie. Wychodzę więc na hutong i zaczynam chłonąć Pekin. Smog, poranny zgiełk, uliczni handlarze. Widzę pana, który sprzedaje tradycyjne, chińskie pierożki i chcę je sobie kupić na śniadanie. Pojawia się problem – sprzedawca próbuje mi coś wytłumaczyć po chińsku, a ja nie rozumiem. On natomiast ni w ząb po angielsku. W końcu udaje mi się zamówić pierożki na wynos i natychmiast trafiają one do foliowego worka. Później dowiaduję się, że pewnie pytał o rodzaj – robi się je z mięsem lub z warzywami. Metodą chybił-trafił dostałam te z warzywami. Pycha!

Nie mogę jednak znaleźć wypożyczalni. Chyba jest jeszcze zamknięta. Świątynia Nieba jest za daleko, żeby wybrać się tam na piechotę, a ja nie mam za dużo czasu. Wracam więc do hostelu. żeby poprosić o pomoc. Pracownik recepcji, teraz już nieco żywszy, niechętnie przyznaje, że mają w hostelu jeden, bardzo stary rower, który mogłabym pożyczyć. Za darmo. Pyta czy umiem jeździć na rowerze. Co proszę? Z niedowierzaniem odpowiadam, że oczywiście. Na co on modyfikuje swoje pytanie – „Czy umiesz jeździć na rowerze W PEKINIE?”. Widzę. że chce mnie odwieść od mojego pomysłu, ale się nie daję. Zostaję więc pouczona, żeby na siebie uważać i dostaję zakurzony, przyrdzewiały rower. Po sprawdzeniu drogi do celu na mapie, wsiadam na rower z entuzjazmem dziecka. Nie jest źle, ja pedałuję, on jedzie. Wokół mnie ciekawe sceny z życia miasta. Ludzie wiozą kilkoro swoich dzieci do szkoły na jednym skuterze, inni grzecznie czekają na autobus w równej kolejce, a jeszcze inni chcą przyspieszyć drogę do pracy, przejeżdżając autem na czerwonym świetle. Ciężko jest się za bardzo nie rozglądać. Moje oczy chłoną ten chaos. Staram się jednak skupić na bezpiecznej jeździe. Raz się trochę gubię, nie jestem pewna gdzie skręcić, ale zaraz się znajduję. W końcu po kilkunastu minutach dojeżdżam do bram celu, gdzie chcę wejść z rowerem, ale zostaję pouczona trochę po chińsku, trochę językiem migowym, że nie mogę go zabrać do środka. Zostawiam więc swój pojazd przed parkiem, kupuję bilet i wchodzę.

PicMonkey Collage

Park Świątyni Nieba jest spokojną oazą w centrum Pekinu. Wcześnie rano jest tu mnóstwo Chińczyków i prawie żadnych turystów. Jest magicznie. Pekińczycy zbierają się tu, aby poćwiczyć tai chi i sztukę posługiwania się mieczem, zagrać w badmintona, w zośkę, w karty, w nieznane mi gry planszowe. Okazuje się, że podobnie jak na Kubie, domino jest tu bardzo popularne wśród dorosłych. Jest dużo starszych ludzi. Wszyscy są bardzo przyjaźni. Chodzę więc i obserwuję babcie wyszywające na drutach, dziadków puszczających piękne latawce w kształcie ptaków, grupy tańczących coś babć i dziadków. Kilka razy zostaję zaproszona do przyłączenia się do jakiejś gry, ale po pierwszej porażce przy grze w badmintona z energetycznymi dziadkami, później już grzecznie odmawiam. Po obejrzeniu kompleksu świątyń oraz przedreptaniu ścieżek, którymi chodzili cesarze z dynastii Ming i Qing, z racji że czas mnie goni, niechętnie zdążam w kierunku wyjścia. Po drodze proszę jedną chińską parę, żeby zrobili mi zdjęcie, co z chęcią czynią. Następnie próbują mi coś wytłumaczyć. Początkowo myślę, że chcą, żebym teraz ja zrobiła im zdjęcie. Po chwili orientuję się jednak, że mój fotograf sprzed sekundy, chce teraz stanąć przed kamerą jako model. Ze mną. Byłabym zapomniała, że Chińczycy lubią robić sobie zdjęcia z obcokrajowcami! Z ciekawości? Żeby pochwalić się przyjaciołom i rodzinie? Dla prestiżu? Nie do końca wiem dlaczego, ale po tej osobliwej sytuacji, wsiadam na rower i pędzę do hostelu.

11PicMonkey Collage315

Po drodze postanawiam jeszcze wybrać się do banku, żeby kupić trochę juanów, które będą mi dzisiaj potrzebne. Okazuje się, że w Chinach nie jest to taka prosta operacja, bo trzeba poczekać w systemie kolejkowym razem z tuzinem petentów bankowych, mieć przy sobie paszport, wypełnić świstek, urzędnik musi wszystko udokumentować, sprawdzić czy nie podrobiłeś czasem waluty, którą mu wręczasz, podstemplować z dziesięć świstków, kazać Ci czekać, skserować Twój paszport, kazać Ci czekać, wyjść na zaplecze i dopiero potem wymienia Twoją walutę. W tym momencie wydaje mi się, że cała procedura trwa wieki. Jest po dziesiątej. Denerwuję się. Już jestem spóźniona. Gdy bankier niespiesznie wręcza mi te kilka juanów, natychmiast wychodzę, biegnę po rower, pedałuję szybko do hostelu i zastaję moich znajomych czekających przy recepcji – „Uff! nie wyszli beze mnie!”. Jeszcze tylko wymelduję się z hostelu, zostawię mój gigantyczny plecak w przechowalni i możemy iść. Poznałam tych ludzi wczoraj, podczas wycieczki na Mur Chiński i było całkiem zabawnie, więc postanowiliśmy zwiedzić dziś razem Zakazane Miasto. Najpierw musimy jednak dojść na największy plac na świecie, czyli Plac Niebiańskiego Spokoju. Już po drodze dokuczają mi moje niewygodne buty. Wokół tłumy ludzi. Na placu każdy chce zrobić sobie idealne zdjęcie na Facebooka, a Chińczycy na jakieś inne portale społecznościowe, bo Facebook, jak wiele stron internetowych, jest tam zwyczajnie zablokowany przez władze. Jest gorąco. Do tego wysokie stężenie smogu doprowadza mnie do szaleństwa. Swego rodzaju kurz wciska się w oczy i osadza się na skórze, tak że od razu czujesz się brudny. Jeden z kolegów tłumaczy, że według aplikacji, którą ma w telefonie, dzisiaj przekroczone jest dozwolone stężenie smogu i nie powinno się w ogóle wychodzić z domu. Ignorujemy to ostrzeżenie i przekraczamy bramy Zakazanego Miasta.

Dochodzi dwunasta. Grupa decyduje się wynająć przewodnika, bo inaczej zrozumiemy niewiele z tego co widzimy. Mówi po angielsku, ale z mocnym ojczystym akcentem, więc czasami ciężko go zrozumieć. Dodatkowo wycieczka ma potrwać około dwóch godzin, a kompleks pałacowy jest ogromny, więc praktycznie biegniemy. Historia robi wrażenie. Budowle są cudownie egzotyczne w oczach Europejczyka. Jestem jednak rozdrażniona i zwiedzanie nie do końca sprawia mi frajdę. Tłumy ludzi, smog i niewygodne buty. Dodatkowo stresuje mnie, że wycieczka się przedłuża, a ja koło szesnastej muszę już wyjść z hostelu i odbyć wyprawę metrem i pociągiem na lotnisko. Może jednak nie jest najlepszym pomysłem starać się zaliczyć wszystkie najważniejsze atrakcje w czasie trzech dni pobytu bezwizowego. Może mniej znaczy więcej.

Po skończeniu wycieczki na szczycie w Parku Jingshan, po północnej stronie Zakazanego Miasta, w pośpiechu płacę swoją część przewodnikowi i żegnam się z grupą. Praktycznie zbiegam ze wzgórza i staram się złapać swoją pierwszą taksówkę w Pekinie, co w godzinach szczytu okazuje się nie lada wyzwaniem. Nie lubię sama jeździć taksówkami, w szczególności w miejscach, których nie znam, ale nie mam wyboru. Jestem daleko od hostelu. Po kilkunastu minutach udaje mi się! Jest po piętnastej. Staram się wytłumaczyć kierowcy, gdzie chcę jechać, ale on nie rozumie. Pokazuję mu na mapie, też nie działa. W końcu podwozi mnie kawałek, ale nie dokładnie tam gdzie chciałam, więc muszę jeszcze kawałek podejść. Bolą mnie nogi. Mam nauczkę, żeby ubierać wygodniejsze buty na całodzienne wycieczki piesze. Po dotarciu do hostelu w pośpiechu wypisuję jeszcze kartki pocztowe, ale jako że mam tylko trzy znaczki i zero czasu, żeby wybrać się na pocztę po więcej, wypisuję je losowo i zostawiam do wysłania w recepcji. Zarzucam ciężki plecak na plecy i biegnę na metro. Po jakiś trzech godzinach jestem już w powietrzu w drodze do Bangkoku. Głodna, zmęczona i brudna, ale szczęśliwa i pełna niezapomnianych wrażeń.

Pierwszy raz we Francji, czyli żółtodziób w Paryżu

Dwa tygodnie temu spędziłam weekend w Paryżu. Romantycznie, bo z moim +1 i muszę przyznać, że rzeczywiście miło się tam przebywa w parze. Niezwykła atmosfera miasta, Wieża Eiffla, bagietki i naleśniki, francuskie makaroniki przekładane kremem, katedra Notre Dame, kiedy organista gra mroczne melodie, francuskie sery i wino – wszystko robiło na mnie podwójne wrażenie, jako że był to mój pierwszy raz we Francji. 

Co trzeba zobaczyć?

Wieża Eiffla

Pierwszą atrakcją jaką zdecydowaliśmy się zwiedzić był znak rozpoznawczy Paryża czyli Wieża Eiffla. Nie chcieliśmy  przepłacać 15 euro za windę na sam szczyt i kupiliśmy bilety dla pieszych za 5 euro (4 euro ulgowy). Po pokonaniu 669 schodów prowadzących na drugie piętro i uspokojeniu oddechu mogliśmy cieszyć sie niesamowitymi widokami na całe miasto. Była to miła odskocznia od ciekawej, ale nieco chaotycznej atmosfery na dole, gdzie tłumy ludzi próbują zrobić sobie idealne zdjęcie na facebooka, nielegalni imigranci sprzedają miniaturowe repliki Wieży Eiffla, a jedzenie i pamiątki z metalowych budek kosztują dwa razy tyle co normalnie. Po spacerze wzdłuż Sekwany, zmęczeni podróżą autobusem poprzedniej nocy, wróciliśmy do hotelu, ale będąc w tej części Paryża warto również zobaczyć Łuk Triumfalny, który znajduje się pół godziny spacerkiem od Wieży Eiffla.

Niedzielne zwiedzanie zaczęliśmy od katedry Notre Dame. Ogólnie nie jestem miłośniczką architektury sakralnej, ale ten gotycki kościół zrobił na mnie duże wrażenie za sprawą swoich cudownych witraży, wysokich sklepień krzyżowo-żebrowych (tak, jeszcze coś pamiętam z lekcji sztuki) oraz przestronnego wnętrza, gdzie człowiek czuje się maleńki wobec budowli i jej historii. Naszym następnym celem było zobaczenie największych perełek wśród zbiorów Muzeum w Luwrze czyli Mona, Nike z Samotraki i Wenus z Milo. 

Wenus z Milo

Dotarcie tam spacerkiem z Notre Dame zajęło nam około 20 minut. Po zrobieniu kilku obowiązkowych zdjeć ze szklaną piramidą w tle i odstaniu swojego w kolejce do wejścia (trzeba się z tym liczyć w Paryżu, zwłaszcza w weekend) zaczęliśmy się ukulturalniać. Powierzchnia muzeum to ponad 8 boisk piłkarskich, więc istnieje okazja, żeby podczas zwiedzania spalić kilka zbędnych kalorii. Kiedy już zmęczyliśmy się przepychaniem przez tłumy chińskich tyrystów aby obejrzeć najważniejsze eksponaty, poszliśmy na obiadokolację, a następnie trochę przypadkiem odnaleźliśmy słynny kabaret Moulin Rouge. Stamtąd udaliśmy sie do dzielnicy Montmartre, skąd roztacza się panorama na miasto. Do tego czasu zdażyło sie ściemnić i Paryż mienił sie tysiącem światełek, co jeszcze dodawało mu uroku. Bazylika Sacre Cour jest nocą oświetlona na zielono i wygląda przepięknie. Samo Montmartre jest miejscem składającym się ze stromych uliczek ciasno zabudowanych starodawnymi kamieniczkami. Niegdysiejsza siedziba artystycznej bohemy, dziś została zdominowana przez turyzm, jednak wciąż kusi niepowtarzalną atmosferą oraz licznymi kafejkami, barami i restauracjami.

Gdzie i co zjeść?

L’Affineur’ Affiné

Pierwszego dnia zostaliśmy złapani w turystyczną pułapkę i głodni poszliśmy zjeść do obiecującego, ale rozczarowującego miejsca niedaleko Wieży Eiffla. Pizza i spaghetti były jadalne, ale niezbyt smaczne i drogie, dlatego też radziłabym unikać tej okolicy, jeżeli chodzi o restauracje. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia w niedzielę zasięgnęłam rady wujka Tripadvisora i wybraliśmy się do małej świątyni francuskiego wina i sera, L’Affineur’ Affiné, niedaleko opery paryskiej (pół godziny pieszo z Luwru – dużo chodzenia w tym Paryżu). Jest to domowa restauracyjka, z uroczym wystrojem i niezwykle miłą obsługą, która doradzi jakiego sera skosztować, jakie wino do tego wybrać i jak się tym wszystkim odpowiednio delektować. Dwudaniowa kolacja z winem dla dwóch osób to wydatek około 50 euro, więc niezbyt tanio, ale za to pycha!

Nutella crepes

Oprócz tego zauważyłam, że Paryżanie zajadają się bagietkami i naleśnikami sprzedawanymi z budek na ulicy. Po ten francuski fast food warto się wybrać z dala od turystycznych miejsc, gdzie jest najtaniej i najbardziej autentycznie. Na deser koniecznie należy również skosztować pysznych, kolorowych makaroników czyli bezowych ciasteczek przekładanych kremem. Do francuskiego wina chyba nikogo nie muszę przekonywać.

Stolica Francji dobra na weekend

Jako duże centrum lotnicze, Paryż stwarza świetną okazję do krótkiego pobytu przy okazji przesiadki/wylotu/odlotu, dlatego warto zostać tam choć na chwilę. Bilet na pociąg z lotniska Roissy (CDG) do centrum kosztuje 10 euro. Metro jest dobrze skomunikowane i można je szybko zrozumieć. W wyznaczaniu trasy przejazdu raczej nie polegałabym na pani z okienka, ale wujek Google bezbłędnie wskaże Wam, którą linią metra pojechać. Jeżeli chodzi o nocleg, warto wcześniej rozejrzeć się za hotelem, który będzie sensownie zlokalizowany i nie opróżni Wam zbytnio portfela (a o to ciężko w Paryżu). Może być nieco poza centrum, byleby tyko blisko stacji metra. My byliśmy całkiem zadowoleni z pobytu w Hotelu Acropole.

Podsumowując, weekendowa wycieczka do Paryża jest świetnym pomysłem. Oczywiście miło byłoby zostać tam dłużej, ale jeżeli ograniczenia finansowo-czasowe nie pozwalają Wam na rozrzutny urlop, to weekend wystarczy, żeby poczuć atmosferę miasta.

5 powodów, dla których powinieneś trzymać się z daleka od Peru

1. Lima

Większość turystów udających się do Peru traktuje to miejsce po macoszemu, jak nieunikniony przystanek w drodze do Cusco, Arequipy czy Huaraz. Jednak położona nad oceanem spokojnym Lima to nie tylko zatłoczone centrum, zakorkowane ulice pełne szalonych kierowców i wieczna mgła. To także, a może przede wszystkim, dynamiczne, nowoczesne, tętniące życiem centrum kraju, które ma wiele do zaoferowania. Liczne muzea zadowolą nawet najbardziej wybredny, kulturalny gust, a historyczne centrum Limy wraz z katedrą i kościołem San Francisco, gdzie można zwiedzić przyprawiające o gęsią skórkę katakumby, to prawdziwa gratka dla miłośników architektury. Osoby lubiące spędzać czas aktywnie mogą polecieć na paralotni albo wybrać się na surfing w Miraflores, a uzależnieni od zakupów powinni uważać na limit karty kredytowej w wbudowanym w wysoki klif centrum handlowym Larcomar i ogromnym centrum Jockey Plaza. Wieczorem natomiast miło sączy się pisco sour lub lokalne piwo Callao w jednym z barów w Miraflores czy Barranco, gdzie można następnie wybrać się na dziką imprezę. To wszystko czeka na Was jeśli tylko odważycie się spędzić kilka dni w tym ogromnym, zaskakującym i barwnym mieście na pustyni, gdzie praktycznie nigdy nie pada.

Lima

2. Peruwiańska kuchnia

Jak mówią krytycy, to jedna z najlepszych kuchni na świecie, a ja wam powiem, że to najprawdziwsze niebo w gębie. To nie tylko bardziej konwencjonalne lomo saltado, aji de gallina czy ceviche, ale także nie mniej tradycyjne potrawy z lamą, alpaką czy… świnką morską w roli głównej. Peruwiańska kuchnia jest pikantnym teatrem międzynarodowych wpływów, którego głównymi aktorami są ziemniak i kukurydza. I ryż – dużo ryżu! Zdecydowanie nie jest to jednak raj dla wegetarian, gdyż główne posiłki prawie zawsze zawierają mięso. Wegetariańskie kubki smakowe mogą się za to cieszyć pysznymi, świeżymi sokami z egzotycznych owoców, takich jak, moje ulubione, marakuja i carambola. Inne popularne napoje to przepyszny sok z fioletowej kukurydzy – chicha morada, inkaska kola w żółtym kolorze, a dla dorosłych pisco lub marakuja sour. Osoby z wrażliwym żołądkiem muszą jednak uważać, gdzie i co jedzą, gdyż peruwiańskie warunki higieniczne znacznie odbiegają od polskich. Co tu dużo mówić – sanepid złapałby się za głowę.

cuy

3. Machu Picchu

Te inkaskie ruiny położone wysoko w Andach, to nie tylko jedna z najciekawszych atrakcji, jakie miałam okazję zobaczyć w Peru, ale w ogóle gdziekolwiek. Nigdy nie zapomnę, kiedy wczesnym rankiem po wyczerpującej wspinaczce na Huayna Picchu, szczyt górujący nad miasteczkiem Machu Picchu, z gęstej mgły zaczęły wyłaniać się zapierające dech w piersiach ruiny. Banalne i turystyczne czy też nie, ale wyjechać z Peru i nie zobaczyć Machu Picchu to trochę, jak być w Warszawie i nie zobaczyć Pałacu Kultury. Dodatkowej wartości samej, bądź co bądź, nieprzystępnej atrakcji dodaje przeżycie, jakim jest jej zdobycie. Opcji jest kilka – począwszy od wygodnego pociągu z Cusco do Aguas Calientes, poprzez kilkudniowy Inca Trail, a kończąc na połączeniu lokalnego transportu krętymi drogami i pieszej wędrówki wzdłuż torów kolejowych, które z racji ograniczonego budżetu wybrałyśmy z koleżanką, ale o tym może innym razem.

Machu Picchu

4. Rękodzieło

Puszyste, mięciutkie sweterki z lamy i alpaki, czapki chullos, malutkie, ręcznie dziergane skarpetki i rękawiczki dla dzieci, lalki peruwianki, śliczne torby, torebki, torebeczki, drobne, ręcznie robione bransoletki (ach, te bransoletki!), wyroby ze srebra i złota… to tylko kilka powodów, przez które ciężko wyjść z peruwiańskiego targu. Ja zakochałam się w andyjskim rękodziele od pierwszego wejrzenia i mogłam gapić się na te piękne wzory i kolory godzinami. Jest w tym wszystkim trochę tradycji i nieco kiczu, ale bez swetra z lamy czy czapki chullo się nie obędzie. Aby nie pójść z torbami, a raczej wyjść z cięższymi, można, a nawet należy się targować. Dlatego też szybkie opanowanie sztuki liczenia po hiszpańsku pozwoli Ci zaoszczędzisz kilka ładnych soli.

rękodzieło

5. Salsa i spółka

W rozklekotanym busiku z dziurami w podłodze, kiedy kierowca pędzi jak szalony, a wiatr robi za klimatyzację, w supermarkecie, gdy szukasz czegoś czego nie możesz znaleźć, a nie potrafisz o to zapytać, bo nie znasz danego słowa po hiszpańsku (huevos to słowo, które już zawsze będę pamiętała), gdy idziesz do pracy, kiedy z niej wracasz, w pubie, klubie, w taksówce, w radio – w Peru salsa jest wszechobecna. Nie sposób się od niej uwolnić i chyba nie warto, bo salsa to radość i ruch, a ruch to zdrowie. Może Peru nie jest tak wielką mekką salsy, jak Kuba czy Kolumbia, ale zdecydowanie rośnie w siłę. To miejsce, gdzie zakochałam się w salsie bez pamięci i do tej pory mi nie przeszło. Kiedy jednak znudzi Ci się już nieustanny stukot clave, możesz zatańczyć w rytm równie gorącego reggaetonu, bachaty czy merengue.